Przezacny Jurku, słusznie, że zwracasz uwagę na tematy bolesne,acz w dzisiejszych czasach,
kiedy jacyś dziwni ludzie próbują wskrzeszać neonazizm, w rzekłbym „zaklawiaturowej formie”,
(co w moim rozumieniu staje się i śmieszne i straszne) jest nadal aktualne.
Pomimo tego, iż o Marion Dönhoff, zdarzyło już nam się dyskutować w tym
temacie , pozwolę sobie zadać Ci pewną zagadkę.
Kto jest autorem poniższego tekstu ?
Dodam, dla ułatwienia jeszcze, że w jakiś pośrednio przedziwny sposób jesteś z nim powiązany osobiście. Tekst jest fragmentem znanej powieści.
Cytuj:
"Nie wyobrażasz sobie jak łatwo kobiecie odebrać dumę. Nie wiesz wszystkiego o życiu, choć wiele przeżyłeś. Pamiętasz tylko ruiny naszego, Millerów, gospodarstwa pod lasem. Spalił je, jak wiele innych domów, Szczepan Łaryn. Mieliśmy, największe gospodarstwo w okolicy, prawie dwór. Teraz tam rośnie las. Miałam szesnaście lat, i nie było piękniejszej i bardziej dumnej dziewczyny w całej okolicy. Ojciec zginął na froncie wschodnim, brat walczył na zachodnim, zamiast nich otrzymaliśmy niewolników do pracy., mężczyzn i kobiety. Chodziłam w długich butach i w bryczesach, dosiadałam konia i doglądałam roboty z wysokości końskiego siodła. Biłam niewolników szpicrutą za byle niedopatrzenie. Szczepan Łaryn też był tu niewolnikiem, ale u księcia Reussa w Trumiejkach. Nie dziwię się, że spalił i nasz dom jak wiele innych. Tak, byłam dumna. Aż przyszła taka chwila, gdy kazali nam opuścić wieś i ruszyć w świat. Załadowałam dwa pełne wozy dobytku, na kozłach posadziłam niewolników. Matka i moja młodsza siostra pojechały w pierwszym wozie. To było zimą. Przygotowałam swego konia, siodło, ciepłą burkę, futrzane. rękawice. I pozostałam jeszcze dwie godziny, aby zakopać w ziemi słoiki z mięsem, których nie zdołaliśmy zabrać ze sobą. Z początku chciałam je zatruć, ale nie znalazłam trutki na szczury. Zakopałam więc te słoiki i konno ruszyłam w ślad za naszymi wozami. Pomyśl, tylko dwie godziny opóźnienia, a już ich nigdy nie dogoniłam. Na wąskich drogach, noga za nogą, ciągnęły tysiące takich samych wozów, spychanych do rowów przez czołgi jadące na front. Niektóre wozy przebyły dziesiątki kilometrów, umierały na nich dzieci i starcy, ciała układano w rowach strzeleckich w pobliżu drogi. Nikt ich nie zakopywał, nie znajdowano na to czasu, nikt nie mógł się zatrzymać w kolumnie jadących wolno wozów, gdyż natychmiast tarasował drogę. Zdychały konie, porzucano wozy z dobytkiem, w zrujnowanych i palących się miasteczkach ludnie grzali się przy ogniskach podsycanych porąbanymi krzesłami. Gnałam na swym koniu, z początku nie zwracając uwagi na ciała zmarłych. Ale po dwóch dniach zaczęłam się niepokoić i od czasu do czasu zaglądałam w pożółkłe i oszronione twarze zmarłych na poboczu drogi. Swoich nie znalazłam. Ale widziałam żonę kowala Malawki i jego dzieci z nóżkami rozjechanymi przez gąsienicę czołgu. Nigdy mu o tym nie powiedziałam, on jednak domyśla się wszystkiego i dlatego do nikogo nic nie mówi. Pędziłam potem jak szalona, przez ośnieżone pola i lasy, byle dalej i dalej od huku dział, które były coraz bliżej i bliżej. W pewnej wiosce chciałam ogrzać się przy rozpalonym obok drogi ognisku i wtedy jakiś kulawy mężczyzna zerwał mi z rąk futrzane rękawice. Jak można trzymać wodze w dłoniach bez rękawiczek, kiedy jest mróz, wiatr, zadymka i wszędzie biała pustka, a na drogach wciąż ciągną wozy z umierającymi ludźmi? Oddałam konia za miejsce w wojskowej ciężarówce, gdzie już było kilka młodych dziewcząt i gromada żołnierzy. Na pierwszym postoju, nocą, gwałcili nas po kolei. Potem gwałcili mnie wiele razy, oni i inni. To nawet nie był gwałt. Straciłam dumę już wtedy, gdy mi zabrano futrzane rękawiczki. Wystarczyło, że ktoś na mnie kiwnął palcem albo mi pogroził i ód razu się kładłam. Nawet nie wiem, dlaczego to robiłam, czy ze strachu, czy z braku dumy? Czy za miejsce przy ognisku, czy za talerz zupy, albo kęs chleba. To straszne, kiedy kobieta straci dumę i miota nią strach o życie. Ona sama nadstawia się, jakby to była jej jedyna obrona. Ona sama szuka tego, kto ją zechce wykorzystać i da przez chwilę obietnicę dalszego życia. Po krótkiej walce, którą przeczekaliśmy w piwnicy zrujnowanego domu, znowu jechały czołgi i żołnierze na czołgach, ale były to już inne czołgi i inni żołnierze. Bałam się ruszyć z piwnicy jak inni. Wziął mnie do siebie stary szewc, gotowałam mu zupę z chleba, nocami grzałam go, a on ogrzewał mnie, miętosząc moje piersi i trzymając palec między moimi nogami. Po dwóch miesiącach odważyłam się powrócić do rodzinnego domu. Byłam wygłodniała i obdarta, w ciąży nie wiadomo z kim.
Pozdrawiam serdecznie
Porcellus