Warto dodać, że Pan Włodzimierz Nahorny wychował się w Kwidzynie, ukończył
Państwową Szkołę Muzyczną w Kwidzynie i jest członkiem
Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej. Tak więc koncert jest powrotem do jego pierwszej szkoły muzycznej.
Fragment jego wspomnień ze strony KMOK:
Cytuj:
Zamieszkaliśmy w domu przy dawnej ulicy Świerczewskiego 35. W pobliżu, był stary, poniemiecki cmentarz i szpital. Z okien naszego domu przy ładnej pogodzie widziałem Wisłę, bo aż do Gniewu była wtedy pusta przestrzeń, ciągnęły się pola. Obok nas mieszkali pp. Bergmanowie, Wójcikowie, Krukowscy, Andrzej Demidowicz. W rodzinach tych byli moi równolatkowie, z którymi bawiłem się w podchody i poznawałem świat. Tworzyły się drużyny podwórkowe.
Niebawem okazało się, że mimo iż byłem małym dzieckiem, mogłem już zaistnieć w rodzinie. W naszym poniemieckim mieszkaniu było pianino. Czasy były takie, że władza nie zgadzała się, żeby stało coś bezużytecznie. W związku z tym urządzono w teatrze – to była bardzo poważna sprawa – konkurs dla wszystkich mieszkańców miasta mających ten sam problem. Problem polegający na tym, że należało udowodnić, że na pianinie ktoś gra lub rokuje nadzieję na granie. Należałoby się tu może zdziwić, że sprawa była tak dalece powszechna, że w wielu mieszkaniach zasiedlonych przez nowych gospodarzy stały instrumenty.
Więc ktokolwiek z rodziny umiał grać, musiał popisać się przed wysoką komisją, żeby było wiadomo, że to pianino będzie spełniało swoją rolę. Siostra oblała ten egzamin, i ja mający jakieś sześć – siedem lat, zostałem wypchnięty do walki o instrument, mimo że niewiele umiałem grać, jedynie przyuczony trochę przez siostrę. Coś tam zagrałem i o dziwo, szacowna komisja uznała, że pianino może u nas pozostać, pod warunkiem, że rodzice poślą mnie do szkoły muzycznej.
Gdyby nie ten przypadek, to nie byłoby takie pewne, że ja w ogóle pójdę w tym kierunku. Bo w domu tradycji muzycznych nie było żadnych.
Rodzice oczywiście zapisali mnie do szkoły muzycznej.
Włodzimierz Nahorny
Źródło