Byłem dziś na koncercie, na którym częściej przyglądałem się widowni niż estradzie.
Zagadka: Jaki zespół trzeba sprowadzić, żeby zgromadzić ok. półtora tysiąca słuchaczy,
w zdecydowanej większości ponad sześćdziesięciolatków i jeszcze starszych, po stówie za bilet,
którzy przez dwie godziny będą żywiołowo klaskać, wznosić owacje na stojąco
i wymuszać na wykonawcach bisy.
Tego wieczora w Elblągu był to Chór Aleksandrowa Armii Czerwonej z Moskwy.
Jak na niektóre koncerty rokowe chodzą dinozaury, to tutaj uczestniczyłem w zlocie mamutów, jako jeden z nich.
Słynny na całym świecie stukilkudziesięcioosobowy umundurowany zespół zaprezentował repertuar dobrze znany słuchaczom, którzy demonstrowali to wspólnym nuceniem i wybijaniem rytmu.
Potwierdza się opcja inż. Mamonia z filmu „Rejs”, który nie ukrywał, że lubi tylko te piosenki które zna.
Wysłuchaliśmy wszystkich przebojów sprzed lat, gdy obowiązkowo przewodziły one ówczesnym
top listom.
Były pieśni z „Wojny Ojczyźnianej” , znane ze szkoły, gdy towarzyszyły lekcjom jedynego języka obcego,
z festiwali zielonogórskich i w ogóle z przeszłości.
Cały czas myślałem o Mietku Potreciu, który to wszystko śpiewał na niezliczonych plenerach swoim miękkim a mocnym głosem. Kto znał Mietka, to wie, że zanim w kościele w Sadlinkach śpiewał nabożne pieśni jako tamtejszy organista, to przedtem, przez 2 lata opanowywał repertuar Armii Czerwonej nad samym Bajkałem.
Ogłuszało mnie trochę nadmierne wzmacnianie chóru i orkiestry, ale trzeba się zgodzić, że taki repertuar i taki zespół musi prezentować potęgę, choćby z megafonów.
Piękne głosy solistów, zarówno starszych, jeszcze starszych, jak i bardzo młodych. Żadnych fałszów,
kiksów i markowań głosu, który brzmiał u każdego z nich potężnie, jak potężna jest Armia Czerwona.
Chór
kupował sobie publiczność przebojami nie tylko radzieckimi ale i Kiepurą, którego „Brunetki, blondynki” zaskoczyły słuchaczy. A potem było podniośle, bo zabrzmiały
„Czerwone maki pod Monte Casino” i większość widowni wymusiła na pozostałych wysłuchanie tej pieśni na stojąco. Moim zdaniem ten chór, tej armii – mógłby sobie darować konkretnie ten popis.
Śpiew i orkiestra brzmiały potężnie, słuchacze stali uroczyście na baczność, a gdy pieśń doszła do frazy:
”Czy widzisz ten rząd białych krzyży ..”, to ja nie mogłem się pozbyć natrętnej myśli, że to tam leżą ci, którzy tej armii uciekli spod Katynia. Ale kto ma takie myśli na koncercie i po co. (Trzeba stać i słuchać, ewentualnie wg uznania klaskać.)
Gdyby się patrzyło na samą widownię, to fizycznie niczym nie różniła się ona od tej gromadzącej się na mitingach
Radia Maryja, jeśliby ośmieszone berety pochowały starsze panie do torebek. Spotkanie wiekowej widowni, która z tak entuzjastycznym aplauzem odbierała ten koncert kojarzyło mi się z osobliwa rewolucją. W kuluarach i w drodze powrotnej słyszałem powtarzające się wypowiedzi o żywym wspomnieniu młodości przywołanym radzieckimi piosenkami, oraz o dezaprobacie wobec dzisiejszej muzyki słuchanej przez młodych.
Młodość już
se ne vrati, ale na ten wieczór wróciły melodie z czasu minionego.
Ale przede wszystkim, babcie i dziadkowie spontanicznie demonstrowali swój odwet na panującej i niezrozumianej przez nich, wszechwładnej muzyce rockowej.
Jak widać, w tym starciu należało wezwać posiłki Armii Czerwonej.
Piękne
deja vou.