Bezdomni alkoholicy są produktem, albo jak kto woli – odpadem różnych procesów zachodzących w społeczeństwie. Nie powinniśmy być obojętni wobec tego problemu. Jako społeczeństwo i pewnie indywidualnie wedle swej wrażliwości i możliwości. Zamykamy w szpitalach chorych zakaźnie,
chorzy terminalnie trafiają do hospicjów, a wielu spośród bezdomnych ewidentnie kwalifikujących się do leczenia dogorywa na dworcach. Według mnie nie ma tu znaczenia stan ich świadomości. Dla samobójstw też nie ma społecznego przyzwolenia.
Ludzie o których tu mówimy są najczęściej chorzy na duchu i na umyśle. Mają choroby własnej woli.
Łowcy dusz omijają te tereny, prędzej tu można dostać w łeb niż na tacę, a i wersetów biblijnych nikt tu nie próbuje wygłaszać, ani nikt nie chce ich słuchać. Nasza służba zdrowia wciąż nie może rozwiązać problemów nawet z tymi, którzy swe zdrowie ubezpieczają, więc skąd ma mieć pomysły na jakieś rozwiązania. Opieka społeczna zajęta jest obsługą tylko tych, którzy ustawiają się do niej w kolejce.
Ludźmi z samego dna, którymi już absolutnie nikt nie chciał się zajmować opiekowali się podwarszawscy xx
Kamilianie. Nie wiem, czy jeszcze trwają w swej cierpliwości. W końcu tych zakonników było kilkunastu, więc o czym tu gadać.
Absolutnemu osamotnieniu nieszczęsnych chorych ludzi sprzyja promowana w kraju doktryna liberalizmu w polskiej popapranej wersji. Czyli - żyjemy od początku do końca na własny rachunek i nie interesują nas nieudacznicy i wykolejeńcy. I tak ma być, bo jest wolność. A jak wolność, to i ingerencja państwa musi być ograniczona, ale jego funkcjonariusze mogą sobie „liberalnie” układać
wolny rynek wedle swoich interesów w majestacie prawa układanego na stacjach benzynowych i na cmentarzach. To wolności nie szkodzi.
Skutecznych rozwiązań problemu oczywiście nie ma. Co nie znaczy, byśmy musieli demonstrować swoją pogardę wobec tych ludzi. Tych już nie umierających, ale wprost „
zdychających” na naszych oczach będziemy nieraz widzieli, a nasz stosunek do nich, jak i do innych kalectw jest zapewne miarą naszego człowieczeństwa.