|
[url=http://wyborcza.pl/katyn/1,105381,7735213,Kat__Cztery_pytania_przed_smiercia.html?as=1&startsz=x] Z przesłuchania Dmitrija Tokariewa (20 marca 1991)[/url]
Fragmenty:
W rozstrzeliwaniach uczestniczyło łącznie około 30 osób. To była grupa, którą stworzył Błochin, główny kat NKWD.
Z Ostaszkowa do Kalinina przewożono jeńców w wagonach więziennych, a samochodami ze stacji kolejowej Kalinin do więzienia NKWD. Z klasztoru na wyspie jeziora Seliger, w którym mieścił się obóz, do Ostaszkowa pędzono ich na piechotę.
Cela, w której odbywały się rozstrzeliwania. Tam technologia była wypracowana przez Błochina i komendanta naszego Zarządu NKWD Rubanowa. Oni obili wojłokiem drzwi wychodzące na korytarz, by nie było słychać strzałów w celach. Następnie wyprowadzali skazanych, przez korytarz skręcali w lewo, gdzie była "czerwona świetlica", pomieszczenie propagandowe z popiersiem Lenina.
Imię, nazwisko, otczestwo, rok urodzenia, na jakim stanowisku pracował. To wszystko, więcej nic - cztery pytania. A następnie, gdy już przekonali się, że to ten człowiek, który ma być rozstrzelany, niezwłocznie zakładali mu kajdanki i wprowadzali do celi, gdzie dokonywano rozstrzelania.
Tokariew: „Ja nie przepytywałem nikogo. Tylko jednego chłopaka. Wszedł i uśmiechał się. Tak chłopiec, zupełny chłopiec. Chyba był bez nakrycia głowy. Spytałem go: "Ile masz lat?". Powiedział: "18". "Gdzie pełnił służbę?". W straży granicznej. "Czym się zajmował?". Był telefonistą. "Ile pracował?". Zaczął liczyć po polsku - sześć miesięcy.”
Ściany celi gdzie dokonywano rozstrzelania były obite materiałem dźwiękochłonnym. Wprowadzali do celi i strzelali w potylicę.
Cela śmierci - to był niewielki pokój. W niej były prycze do spania. Z tej celi było wyjście na podwórko. Tamtędy wyciągali zwłoki, ładowali na samochód i jechali. Tych samochodów było pięć-sześć. Zwłoki do samochodów przeciągali wszyscy uczestnicy tej operacji - głównie kierowcy i niektórzy strażnicy więzienni. Podciągali do wozu i wrzucali do skrzyni. W jednej ciężarówce mieściło się 25-30 zwłok. Wszystkie ciężarówki jeździły razem, jedną kolumną, żeby w razie czego sobie wzajemnie pomagać.
Było dwóch operatorów koparki. Oni też brali udział - wyładowywali. Wywrotek przecież nie było. Każdego oddzielnie musiano wyrzucać. A później operatorzy zasypywali koparką.
Dołów było tyle, ile partii zwłok. To znaczy, każdy w przybliżeniu 250 ciał. Koparka - "komsomolec". Jej łyżka to trzy czwarte metra sześciennego. Kopali na głębokość mniej więcej trzech metrów. Rowy były długie mniej więcej na osiem-dziesięć metrów.
Odzież specjalna kata: skórzana czapka, długi skórzany fartuch, skórzane rękawice z mankietami powyżej łokci. Polskich jeńców wojennych rozstrzeliwano z przywiezionych niemieckich waltherów. Z Moskwy przywieźli ich całą walizkę. Kiedy kończyła się "robota" - pistolety odbierano.
Pierwszy raz rozstrzelali 300 ludzi za jedną noc. Ale rozstrzeliwanie kontynuowano już po wschodzie słońca. Błochin zarządził, że tak być nie może. I rozkazał: "Więcej niż 250 jednego dnia nie przywozić". W sumie ponad sześć tysięcy. To trwało więc z miesiąc.
Grupa katów została nagrodzona zakrapianym bankietem po zakończeniu akcji, premią w postaci dodatkowego wynagrodzenia miesięcznego i pistoletami TT, z których później sami się zastrzelili: Suchariew, Pawłow i sam Błochin. Rubanow postradał zmysły.
==========================================================
==========================================================
W 1993 roku uczestniczyłem w kameralnym spotkaniu z z-cą prokuratora Generalnego RP Stefanem Śnieżko (w stanie wojennym też był internowany w Iławie). Relacjonował przesłuchania i rozmowy z żyjącymi jeszcze wtedy katami z Katynia, Charkowa i z Miednoje.
Poza przejmującą relacją Śnieżki zapamiętałem także to, że dziwnym trafem wszyscy oni byli niewidomi.
Później Polaków odsunięto od rosyjskiego dochodzenia w sprawie mordów, następnie zostało ono utajnione i w końcu umorzone.
Trzy tygodnie temu, w oficjalnej rosyjskiej odpowiedzi na skargę jaką do Europ. Trybunału Praw Człowieka złożyły rodziny katyńskie ani razu nie użyto słowa "zbrodnia", ani "mord", napisano jedynie o "sprawie" lub "zdarzeniu katyńskim". Rehabilitacja zamordowanych nie jest w nim przewidywana, gdyż - jak tłumaczą Rosjanie - nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono. Nie ma nawet pewności - pisze rosyjski rząd - czy Polaków rozstrzelano.
Dzisiaj w Katyniu pokłonią się nad grobami premierzy Polski i Rosji.
Potem do kamer pokażą przyklejone uśmiechy i poklepią się przyjaźnie.
Wątpię, czy któryś z nich upomni się o ostateczne wyjawienie prawdy o dokonanym ludobójstwie.
Ten mord był wyjątkowy także dlatego, że „za jednym zamachem” unicestwiono elitę państwa polskiego. By pozbyć się jej reszty, w latach powojennych przez ok. dziesięciolecie trwało „sowiecko-polskie”, już w PRL tropienie i wykańczanie tych, których zabrakło Rosjanom w Katyniu. Mówienie o prawdziwych sprawcach zbrodni było w Polsce przez kilkadziesiąt lat karalne. A zwłaszcza przypominanie, że była to akcja bliźniacza do hitlerowskiego "Planu A-B" o zlikwidowaniu polskiej inteligencji.
Mój osobisty, najbardziej przejmujący mnie obraz, to już nawet nie egzekucje i inne drastyczne sceny a relacja cytowana przez Normana Davisa w „Powstanie ‘44”. Przytacza tam wspomnienie Polaka, który przeżył powojenne zesłanie do ZSRR. W 1948 roku, cztery lata po Powstaniu Warszawskim spotkał w rosyjskim obozie koncentracyjnym pod kręgiem polarnym grupę polskich harcerzy wyłapanych zaraz po „wyzwoleniu”. Mówili temu świadkowi, że są ostatni z przywiezionych tam i już umierają. Dzielili się z nim z głodowych porcji chleba, by on przeżył i opowiedział o ich losie w Polsce.
|