Niezależne forum mieszkańców Kwidzyna i nie tylko :-)

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 53 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 14:12 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 23 października 2008, o 05:50
Posty: 2781
Lokalizacja: zza roga
Płeć: Mężczyzna
Proponuję poszukać dokumentu pt.: "Doktryna szoku", jest tam wzmianka o Polsce i co zrobiono i jak.
Podane też są przyczyny i skutki. Chicago Boys jak coś to Wam mówi.

_________________
Ignorancja może być skorygowana przy pomocy książki. Głupota wymaga strzelby i szpadla.

Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 14:32 
Offline

Dołączył(a): 21 maja 2007, o 20:40
Posty: 3718
Lokalizacja: Kwidzyn
Płeć: Mężczyzna
NOWY(L) napisał(a):
krzyzak, cały wywiad z prof. Kieżunem wrzuciłem wczoraj w tym wątku :wink:

Chwała CI dobry człowieku!!!! ;)

Ale niestety do "Politykierów" mają dostęp tylko ludzie WYBRANI!! :D :D :D

_________________
Z fal ta najgorzej huczy,
co się ma rozbić na piasku.


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 14:37 
No fakt.
Więc pozwolę sobie zdublować swój post,aby reszta nie czuła się dyskryminowana.

Ciekawy wywiad z Witoldem Kieżunem.
Trafia sie nawet zdanie o Kwidzynie....

http://forsal.pl/artykuly/744722,kiezun ... zacja.html


Przy okazji życiorys profesora Kieżuna stanowiłby świetny scenariusz do filmu....
Cytuj:
ROZMOWA MAZURKA: Witold Kieżun, ekonomista, prakseolog, żołnierz Armii Krajowej

Ogląda pan „Czas honoru"?

prof. Witold Kieżun: Żona oglądała, teraz się opuściłem, ale muszę wrócić.

To o was?

Ja nie byłem cichociemnym, ale rzeczywiście jestem z pokolenia Kolumbów.

Konspiracja, powstanie, ucieczki, NKWD, zsyłka, UB, szpicle i wyroki na nich, Virtuti Militari – to pańskie życie.

I moja śmierć.

Śmierć?

22 czerwca 1945 roku rano znaleziono moje ciało martwe w szpitalu w obozie pod Krasnowodskiem, w Turkmenistanie.

Ale to nie był pan?

To byłem ja. Umarłem.

Taaak...

Tak, stwierdzono zgon, a trupa przeniesiono do kostnicy.

Oczywiście.

Pół godziny potem w kostnicy znalazła się więźniarka – felczerka, która hm, powiedzmy, że darzyła mnie sympatią. Przyszła się ze mną pożegnać, ale podczas tego pożegnania poczuła, że moje serce jednak bije. Wie pan, co było niezwykłego?

Coś może przebić tę historię?

Kiedy tam leżałem z trupami, zobaczył mnie kolega z celi, Korostoszewski, którego właśnie zwolniono i przyszedł do szpitala się ze mną pożegnać. Zamiast mnie zobaczył zwłoki i postanowił zawiadomić matkę. Wie pan, jak wyglądała rozmowa?

Domyślam się, że dramatycznie.

Matka mu nie uwierzyła! Pyta: „A widział pan ciało?". „Widziałem, tak jak panią widzę". „A kiedy to było?" „22 czerwca". I matka zaczęła wertować swój kajecik z zapiskami i krzyknęła: „Idź pan z Bogiem, on żyje!".

Jak to?

Zapisała sobie, że 22 czerwca przyśniłem jej się, jak wchodzę do pokoju i mówię: „Mamo, ja żyję i wrócę".

Pan jest jak z filmu „Jutro idziemy do kina" o chłopakach, którzy kończą szkołę i nie zdążyli pójść na studia, bo wybuchła wojna.

Dostałem przydział na 15 września do Szkoły Podchorążych Artylerii w Trauguttowie pod Brześciem i zameldowałem się tam dzień wcześniej. Patrzę, a tam pusto, na podwórku stoi samochód, do którego wsiada kapitan. Melduję się, a on do mnie: „Spier..., pięć kilometrów stąd są Niemcy". W drodze do Warszawy, w Kołbieli, aresztowali mnie Niemcy. Uciekłem im z transportu do obozu, jakoś udało mi się dotrzeć do domu. Gabinet dentystyczny matki zniszczony, nigdzie nie ma szyb, studia diabli wzięli...

Co pan zrobił?

Ogłoszenie: „Tanio wstawiam szyby. Witold Kieżun, Krasińskiego 6 m. 20". I zaczęła się prosperity, świetnie zarabiałem! Odtworzyłem matce gabinet, nawet otworzyłem zakład szklarski. Ale miałem dopiero 17 lat i chciałem się uczyć, więc zostawiłem to, gdy w październiku 1939 roku otworzyli szkołę Wawelberga, gdzie dostałem się, oczywiście po protekcji przez powinowatego, profesora Politechniki.

Tu muszę zresztą powiedzieć coś o powinowatych, bo na Wileńszczyźnie wszyscy byli spokrewnieni... (śmiech). Powinowatym mamy był na przykład Melchior Wańkowicz, który przesyłał jej każdą książkę z dedykacją: „Drogiej kuzynce Leokadce od autora". No i ja dopytywałem, jaka to nasza rodzina Wańkowicz, na co mama: »Wiesz, to trzeba przez Kozieł-Podlewskich«, później przez tamtych...". Oczywiście nigdy w życiu Wańkowicza nie widziałem.

Wróćmy do szkoły Wawelberga.

Tam była już konspiracja. Przyszedł do mnie rok starszy plutonowy podchorąży Adam Rzewuski, powiedział, że jest z organizacji Bicz, mam skrzyknąć piątkę zaufanych chłopaków i stanąć na czele grupy. Złożyliśmy przysięgę i pierwsza akcja: ewakuacja skrzynek z granatami z Cytadeli.

Udało się?

Połowicznie. Mieliśmy po dwie skrzynki, ale zaczęli do nas strzelać, więc uciekliśmy, każdy z jedną, zakopaliśmy je, potem przydały się w powstaniu. Ale zanim ono wybuchło, wpadł Rzewuski, zginął potem w Oświęcimiu i jego następca, Grycner, którego rozstrzelali w Palmirach.


Pan też musiał się ukrywać.

Cały czas byłem w AK, w pułku „Baszta". Wtedy była większa wpadka, aresztowano Dunin-
-Wąsowicza i Przyweckiego. Dostałem rozkaz ewakuacji, musiałem się wyprowadzić, matka zresztą też.

Jak to było z tym składem broni u pana w domu?

Mieszkałem w pustym mieszkaniu stryja i zgodziłem się, by u mnie był magazyn. Do miasta wychodziłem zawsze z pistoletem i granatem dymnym za pazuchą. Do 1944 roku tych akcji było kilka, podczas kupna broni przestrzelili mi dłoń, ale wyszedłem z tego. Do powstania szedłem jako kapral podchorąży Armii Krajowej.

Gdzie pan walczył?

Byłem w dość elitarnym, dobrze uzbrojonym Oddziale Specjalnym. Planowane zadanie było bardzo poważne, mieliśmy zdobyć komendę miasta. Zbiórka miała być na rogu Sienkiewicza i Marszałkowskiej, ale tam nie można było wyjść, bo Niemcy prowadzili ostrzał z Poczty Głównej. Potem było kilka akcji, między innymi połączenia się z Wolą. Tam na Wolskiej mieliśmy ogromne straty, to była ciężka akcja.

I pańska dramatyczna chwila...

Piwnicami dotarłem aż na pozycje niemieckie. Tam było takie małe, zakratowane okienko wychodzące na podwórko. Patrzę, a tam, nad ranem wychodzi jakiś Niemiec i się przeciąga. Więc ja mu trach, serią po plecach, on padając, odwraca się i woła: „Mutter"... Cholera, aż mnie ścisnęło. Po pierwsze, myśmy byli wychowani na westernach – tam się nigdy do nikogo nie strzelało z tyłu! No a po drugie, on mówi „Mutter", a przecież ja też byłem wychowany przez matkę, dla mnie matka to świętość. Od razu poleciałem do spowiedzi.

Tak od razu znalazł pan księdza?

Właśnie, nikt nie opisał, jak wspaniali byli księża – zawsze na pierwszej linii, dzielni, zawsze do dyspozycji. On mnie wyspowiadał, a potem mówi: „Słuchaj, tu jest Wola, a on był esesmanem. Kilka dni temu mordował kobiety i dzieci. To ty reprezentujesz dobro, a on zło, nie możesz mieć wyrzutów sumienia".

I strzelał pan do ludzi.

I ich zabijałem. Mało tego, nacinaliśmy sobie nawet trafionych na pistolecie maszynowym. Ale zabić w walce to zupełnie co innego, to jest prosta zasada „kto kogo". Jestem bardziej zagrożony niż on, to nie jest egzekucja.

Dlaczego bardziej?

Bo jak on się podda, to przeżyje, a mnie rozstrzelają lub co gorzej powieszą. Zdobyliśmy Pocztę Główną, patrzę, a pod plandeką leżą zabandażowani esesmani i błagają: „Nicht schiessen!". I mówię im: „My do rannych nie strzelamy, zaraz was opatrzą sanitariuszki". A jak Niemcy zdobyli Starówkę, strzelali do kobiet i dzieci, a szpital na Długiej po prostu podpalili... I to był Wehrmacht, a co dopiero SS.

Potem była słynna akcja odbicia kościoła Świętego Krzyża.

Zaczęliśmy o czwartej rano, byłem dowódcą pięcioosobowej drużyny i zdobyliśmy plebanię. Pierwsi wpadliśmy do kościoła i zdobyłem ckm. I wtedy zrobili mi to słynne zdjęcie, jak biegnę z ckm-em do Kwatery Głównej.

Potem już nie było tak dobrze.

Broniliśmy Pałacu Staszica i to był cud, że przeżyliśmy. Naprawdę nie wiem, jak nam się udało, mieliśmy tam poważne straty, pałac trzy razy się palił, a ja straciłem tylko kawałek ucha. Potem było Powiśle, jak padło, przenieśliśmy się do Śródmieścia, na ruiny Poczty Głównej, gdzie na początku powstania wziąłem czternastu jeńców. To ja podpalałem budynki przy Świętokrzyskiej 17 i 19, po drugiej stronie ulicy, zajęte przez Niemców.

Za to i wiele innych zasług był pan odznaczony.

I awansowany, najpierw na podchorążego plutonowego, a potem zostałem podporucznikiem. Dostałem Krzyż Walecznych, a 23 września w gazowni przy Kredytowej podczas spotkania z Borem-Komorowskim jako jeden z czternastu Virtuti Militari. Potem mogliśmy mu zadać pytania. Tu muszę się przyznać, że jak „Bór" wszedł na salę, to nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia – mały, niepozorny, ale przemawiał wspaniale.

O czym rozmawialiście?


To się miało potem okazać ważne. Zadałem mu trzy pytania: czy wybuch powstania był uzgodniony z Londynem, jaki jest nasz stosunek do Armii Ludowej i czy ma jakieś wieści o tym, czy Rosjanie wkroczą. Powiedział, że o genezie powstania nie czas teraz mówić, o planach Rosji nie wie, bo żadna armia swoich planów nie zdradza, a AL to nasi towarzysze broni, czego dowód mamy tu, bo dwóch z odznaczonych to AL-owcy.

Gdzie zastaje pana koniec powstania?

W Śródmieściu, na Jasnej. Stamtąd idziemy w kolumnie do obozu do Pruszkowa, ale razem z dowódcą uciekamy do Błonia, gdzie miejscowy dowódca AK przestrzegł nas przed donosicielami, ale zaopatrzył w papiery. Ostatecznie trafiłem do Krakowa, gdzie zgłosiłem się do majora „Bomby", który dał mi pieniądze na przeżycie, kazał się co tydzień spotykać i skontaktował z podziemnym Uniwersytetem Jagiellońskim.

Tak zastało mnie wyzwolenie i rozwiązanie Armii Krajowej. I ostatni rozkaz: „W przypadku aresztowania nie ujawniać przynależności i nie podawać żadnych danych dotyczących organizacji".

Był pan tam sam?

Nie, wtedy też do Krakowa przyjechała matka, dostaliśmy poniemiecki pokój z kuchnią. Chciałem w ciągu trzech miesięcy zdać egzaminy, żeby mi zaliczyli rok na wydziale prawa. I właśnie 9 marca 1945 roku, wracając od profesora, zostałem zatrzymany przez NKWD.

Normalnie na ulicy?

Tak, zatrzymali mnie do kontroli dokumentów. Chciałem im uciec, ale prowadzili mnie we trzech i nie miałbym szans. W końcu trafiłem na Montelupich, gdzie zaczęły się przesłuchania.

Cały czas był pan w rękach NKWD?

Tak. Wchodzę na przesłuchanie, ich czterech, a major zaczyna: „Zdrawstwujtie, porucznik »Wypad«, sadities". Ja udaję, że nie wiem, o kogo chodzi, ale on się śmieje i każe opowiadać życiorys, kilkakrotnie. Dwa bardzo silne reflektory na twarz, zmieniający się enkawudziści, a ja opowiadam życiorys. Po trzech godzinach byłem już nieprzytomny od tych świateł i ze zmęczenia. Trwało to siedem godzin.

Czym się skończyło?

Enkwudzista odczytał mi pytania, które 24 września zadałem Borowi-Komorowskiemu. Ja aż podskoczyłem i zaprzeczam, że to bujda, więc dostałem z tyłu kantem dłoni w kark i straciłem przytomność. Potem codziennie przesłuchania, w nocy słychać rozstrzeliwania AK-owców, okrzyki ginących „Niech żyje Polska". I trzeciej nocy nas biorą pod mur, już wszystko gotowe, repetują broń i w ostatniej chwili przybiega żołnierz: „Stoj, stoj!".

Filmowa scena...

Bierze mnie na bok i mówi: „Słuchaj Witek, uratowałem ci życie. Ojciec był Polakiem, bratem krwi twojego ojca". Wie pan, bracia krwi, to ci, którzy nacięli sobie żyły i symbolicznie wymienili się krwią, na Kaukazie to świętość. Faktycznie, ojciec urodził się na Kaukazie jako syn zesłańca. I ten enkawudzista zapewnia mnie, że mnie stąd wyciągnie, ale potrzebuje choć jednego nazwiska, może być zmyślone. Nie uwierzyłem w tę bujdę na resorach, nie powiedziałem mu nic, więc zagroził mi, że mam czas do rana.

Kolejne przesłuchanie – okazało się, że wiedzą wszystko o mojej rodzinie, kuzynach, o wszystkich. Mój stryj, jeden z twórców polskiego lotnictwa, płk Jan Kieżun, był pytany o takie „nic nieznaczące historie sprzed wielu lat". I dlatego ten enkawudzista mógł mnie częstować opowieścią o braterstwie krwi z moim ojcem.

No dobrze, ale skąd oni w ogóle wiedzieli, kim pan jest? Dlaczego pana zatrzymali?

Doniósł młody chłopak, żołnierz AK, złamany przez nich w śledztwie. Okazał się bardzo gorliwym donosicielem, stał pod Sukiennicami i jak tylko kogoś zobaczył, to meldował Sowietom. Kilka osób przez niego straciło życie. Tego nie mogliśmy tak zostawić. Pierwszy zamach na niego się nie powiódł, ale zlikwidowano go w 1950 roku...

Mówiłem, że pan jest z „Czasu honoru".

Myśmy już na Montelupich wiedzieli, kto nas wsypał, więc jak nas wywożono na Sybir, to wyrzucaliśmy z pociągu kartki z jego nazwiskiem!


Trochę to dzikie.

Nikt z nas nie wiedział, czy wróci.

Wywieźli pana bez żadnego wyroku, ot tak?

I trafiłem na pustynię Kara-kum, nad Morzem Kaspijskim, cztery kilometry od Krasnowodska, dzisiaj to Turkmenistan. 55 stopni ciepła, brak wody, prawdziwy obóz zagłady. Według naszych danych po czterech i pół miesiąca z 6400 więźniów przeżyło 900, czyli zginęło 86 proc. ... Obóz zlikwidowano, 600 więźniów przewieziono na Kaukaz, a na wymarcie zostawiono w szpitalu 300-osobową grupę. Mnie wśród nich. Po miesiącu zostało nas 123.

Byłem w zasadzie sparaliżowany. Jak trafiłem do obozu, to przy swoich 190 cm ważyłem 102 kilo. Po tych kilku miesiącach – 50 kilogramów, mogłem tylko ruszać rękoma.

Co zrobili z tymi 123, którzy przeżyli?

Przewieziono nas do szpitala w Kaganie, w Uzbekistanie, gdzie miałem niesamowite szczęście. Okazało się, że kierownik szpitala był kolegą ojca ze studiów w Dorpacie! Autentycznym, niepodstawionym. Mało, że kolega ze studiów, to przyjaciel, był na ślubie moich rodziców. On mi uratował życie w Kaganie. Choć najpierw tam umarłem.

I o wszystkim dowiedziała się mama.

Natychmiast zaczęła starania, pytała wszystkich i pani Hryniewiczowa, dyrektorka biblioteki, która była po imieniu z Bierutem, podała myśl, by wstawił się za mną związek młodzieży. Nie było to takie proste, oni nie chcieli, ale mój kolega z lewicy żoliborskiej, Janek Strzelecki ze Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, napisał list do Stalina, że dzielnie walczący z Niemcami, przyjaciel lewicy, niesłusznie zatrzymany... I dał go ambasadorowi Raabemu – jego syna dobrze znałem – który przekazał go w Moskwie do kancelarii Stalina.

Wtedy pana zwolnili?

To nie było takie proste. Wezwał mnie dowódca i pyta o ten list, nie dowierza. Jak to, ja bohater, a byłem w AK, która kolaborowała z Niemcami? Jemu sprzedałem historię, że doniósł na mnie zazdrosny facet, bo wynajmowałem mieszkanie u jego żony. „A ty jejo jebał?" – pyta mnie. „Prawdziwy mężczyzna nigdy nie przyznaje się do takich rzeczy". „A wiesz, masz rację, ja też nikomu nie mówię! Wrócisz, tylko czy kamandir się zgodzi?". A kamandir był Żydem. Zobaczył mnie kiedyś przy pianinie, które tam stało. 
„A Chopina umiesz zagrać?". „Umiem". Przyszedł z rodziną, a ja mu dałem koncert.

Kolejna mocno filmowa scena 
– gdzieś w Uzbekistanie pan gra Chopina dowódcy NKWD i jego rodzinie. To przez to pana zwolnili?

Powoli. Najpierw przyjechali Japończycy.

Po pana?

Nie, jeńcy japońscy, którzy trafili do mojej sali. Opiekowałem się jednym z nich. Szybko nauczył mnie 940 słów po japońsku. Kiedyś wchodzi oficer i mówi: „Będziesz tłumaczem". Nie pomogły wyjaśnienia, że nie mówię po japońsku – zostałem tłumaczem rosyjsko-japońskim.

Własnym uszom nie wierzę...

Musiałem tłumaczyć przy strajku Japończyków, pomagać im. W końcu ten lekarz, kolega ojca załatwił mi, że jako nieuleczalnie chory wróciłem do Polski, co niestety nie znaczyło, że byłem wolny. W lipcu 1946 roku przekazano mnie do obozu pracy MBP w Złotowie. Stamtąd przy pomocy kolejnego powinowatego, Olesia, czyli Aleksandra Gieysztora, i licznych protekcji wyciągnęła mnie matka. Ujawniłem się i po miesiącu byłem wolny.

I pojechał pan do Warszawy.

Najpierw kuzyn Edward Gieysztor, który był nadleśniczym w Borach Tucholskich, skontaktował mnie z „Łupaszką" dopytującym o obóz. Zastanawiał się, czy nie odbić więźniów, ale uznał, że jest zbyt słaby. W każdym razie tak spotkałem legendę. I to był koniec mojej konspiracji. Wracam do Krakowa, na studia, zaczynam pracę w banku.

Nie ma pan ochoty uciec na Zachód?

Oczywiście! Znalazłem człowieka, który dawał fałszywe papiery francuskie i wywoził ludzi, ale się nie zgodził, bym wziął matkę, bo był limit wieku. To nawiązałem kontakt z kolegami w Sopocie, żołnierzami Andersa, którzy mieli uciec kutrem do Szwecji. Obiecali wysłać telegram, że są chorzy, to miał być sygnał, że są gotowi i płyniemy. I dostałem ten telegram, ale dotarł do mnie po trzech tygodniach, bo właśnie byłem na nartach... Wtedy matka przekonała mnie, że to przeznaczenie, że widocznie nie mam jechać.

O czym myśleli Kolumbowie w 1948, 1949 roku?

Ci, którzy nie wyjechali i którzy nie siedzieli akurat w więzieniu, chcieli po prostu żyć. Proszę pamiętać, że dla nas wojna trwała już dziesięć lat, a my nie mieliśmy trzydziestki, całą młodość! Cel był jeden – nie ześwinić się, nie dać się złamać, ale żyć.

Wtedy już prawie nikt nie szedł do lasu.

Nie było nawet jak pójść, całe moje środowisko było pod stałą opieką UB, pełna inwigilacja. W 1957 roku urządziliśmy pod Warszawą imieniny naszego dowódcy – przyszła bezpieka, zabrała każdemu dokumenty i trzeba było przyjść je odebrać. I znów przesłuchania, wypytywania, groźby... Doskonale wiedzieliśmy, że wszędzie mieli swoich ludzi. Przecież jeden z nas zdradził.

Liczyliście na odmianę losu, na trzecią wojnę?

Tylko na początku, potem nie mieliśmy złudzeń, choć wierzyliśmy, że ten los jakoś się musi odmienić i dlatego trzeba pracować, trzeba odbudować kraj, być kimś. Długofalowo nikt z nas nie wierzył, że ten komunistyczny burdel może trwać wiecznie.

Jak pan poznał żonę?

„Jola" to była miss batalionu, najpiękniejsza dziewczyna w powstaniu.

Tam zostaliście parą?

Nie, ona była narzeczoną Andrzeja – dowódcy kompanii, który zginął tragicznie na Starówce, gdy wchodził do jej kwatery. To był wspaniały żołnierz. Spotkaliśmy się w Krynicy, przypadkowo. Kiedy zrobiłem magisterium w 1949 roku, pojechałem tam odpocząć.

Poznaliście się od razu?

Tak, nawet mówiła mi – to dziwna sprawa – że we Francji bardzo często mnie wspominała.

We Francji?

Po powstaniu Danuta trafiła do obozu w Oberlangen, przy granicy z Holandią, a po wyzwoleniu do Francji, ale jednak wróciła.

Nie widzieliście się pięć lat.

Tak, ostatni raz w powstaniu. Spotkaliśmy się w Krynicy Morskiej, a już w 1950 roku wzięliśmy ślub. Najpierw, 
2 września był cywilny, ale zamieszkaliśmy ze sobą dopiero po kościelnym, czyli od Nowego Roku. Wie pan, to naprawdę były zupełnie inne czasy, zupełnie inne obyczaje. Mówiło się „narzeczony", ale przecież nie do pomyślenia było, by mieszkać ze sobą przed ślubem. Całe zbliżenie do dziewczyny polegało na tym, że można ją było pocałować.

Tyle?

Więcej to byłoby jakieś nieuszanowanie. Oczywiście chłopcom zdarzały się jakieś przygody, ale człowiek żenił się z tą dziewczyną, którą naprawdę kochał i której – tak mówiono wtedy – niewinność, dziewiczość cenił. Z jednej strony niezwykła, zupełnie nieprzytomna miłość, a z drugiej jakiś nadzwyczajny szacunek, cześć po prostu. To było coś, co oboje ludzi uszlachetniało i było bardzo, bardzo piękne.

Dziś zmienił się cały system etyczny. Gdy patrzę na moich studentów czy doktorantów, to myślę, że jesteśmy zupełnie innymi ludźmi. Pamiętam, jak w 1937 roku byłem w Paryżu, zawiozła mnie tam matka. Zatrzymaliśmy się w hotelu i wieczorami mama wychodziła ze znajomymi na kolacje, zwiedzanie miasta. No to ja namówiłem dwóch młodych Francuzów, żebyśmy poszli do kabaretu. To było niesamowite przeżycie...

Domyślam się.

Oj nie, nie domyśla się pan. Wpuszczono nas do kabaretu, bo choć miałem dopiero 15 lat, to byłem bardzo wysoki, zresztą okazało się, że w środku same młokosy. Siadamy przy stoliku i w ramię trąca mnie kelnerka. Odwracam się, a ona topless... (śmiech). Ja oniemiałem, po prostu oniemiałem. Byłem nieprzytomny i resztką sił wydukałem: „Un vin, s'il vous plait". Kompletnie ogłupiały... (śmiech). Wy dzisiaj nie potraficie sobie wyobrazić, co to było dla nas!

Jak pan, wilniuk, trafił do Warszawy?

Z Wilna wyjechałem jako dziewięciolatek po przeżyciu wielkiej tragedii rodzinnej. Najpierw umarł mój brat. Ojciec był lekarzem i kiedy brat dostał ataku ślepej kiszki, był u pacjenta pod miastem. Gdy przyjechał, popędził z bratem do szpitala, ale tam nie było chirurga, a trzeba było operować natychmiast. Tata przypomniał sobie, że przecież był lekarzem wojskowym, i zdecydował się operować, ale było już za późno.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 15:28 
Offline

Dołączył(a): 21 maja 2007, o 20:40
Posty: 3718
Lokalizacja: Kwidzyn
Płeć: Mężczyzna
NOWY(L) napisał(a):
No fakt.
Więc pozwolę sobie zdublować swój post,aby reszta nie czuła się dyskryminowana.

Ależ nie rób sobie wyrzutów, :sad: oświadczamy że:
MY-(to znaczy) CAŁA RESZTA ! NIE CZUJEMY SIĘ DYSKRYMINOWANI Z POWODU ZAMIESZCZENIA TWOJEGO POSTU W "POLITYKIERACH"

:D :D :D

_________________
Z fal ta najgorzej huczy,
co się ma rozbić na piasku.


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 15:38 
Ech...no nic ,nieważne. :|
Wracając do meritum dyskusji...... :?:


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 15:54 
Offline

Dołączył(a): 21 maja 2007, o 20:40
Posty: 3718
Lokalizacja: Kwidzyn
Płeć: Mężczyzna
NOWY(L) napisał(a):
Ech...no nic ,nieważne. :|
Wracając do meritum dyskusji...... :?:

Widzę żeś nie w humorze. :(

Grzesiek!!!Cóż to się stało? Czyżby Legia baty dostała??

_________________
Z fal ta najgorzej huczy,
co się ma rozbić na piasku.


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 16:07 
krzyzak napisał(a):
Nie chcę otwierać nowego wątku, .....


Jest dużo prawdy w tym co piszesz.
Możemy się jedynie zastanawiać,co by było gdyby ZCP pozostały w polskich rękach.
Może byłyby jedną z najpotężniejszych krajowych firm,albo skończyły jak wiele kopalni na Śląsku albo stoczni na wybrzeżu....
Dzięki Bogu jednak firma istnieje i prężnie działa.
I prochu nie odkryje twierdząc,że gdyby nie IP,to Kwidzyn wyglądałby jak jeden z wielu PGR-ów pod Słupskiem.......


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 17:30 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 4 lutego 2007, o 22:51
Posty: 807
Lokalizacja: Pruszcz Gdański
Płeć: Mężczyzna
NOWY(L) napisał(a):
Dzięki Bogu jednak firma istnieje i prężnie działa.


No właśnie, dla nas wystarczy już tylko, aby była praca, nie ważne kto nas wykorzysta.


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 17:57 
Offline
Przyjaciel forum

Dołączył(a): 8 marca 2009, o 16:30
Posty: 1548
Lokalizacja: Ziemia
Płeć: Nie wybrano
Postuluję aby wątek nowy założyć a nie pisać w wątku założonym przez b...y. Ten koleś nie zasługuje na to by pisać w wątkach przez niego założonych. Nie ważne, kto jak pisze i o czym... ważne by być "fer", a b...y nie jest fer. Od samego początku mi się nie spodobał. Jak wszyscy się zachwycali i mu słodzili ja zauważyłem jego wady i te jego chore "oko za oko". Później wyszło, że ma jeszcze inne słabości i brak honoru. Plując na forum i straszyć sądem a później wracać i pisać pod innymi nickami to poniżej pasa. Nie wiem jak Wy ale ja takich ludzi nie będę szanował.


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 18:02 
Sąsiad wyluzuj.
Pan K. robił eksperyment na forum.Książkę pisał. :D :roll:
Temat zamknięty.Każdy kto chciał,wyrobił sobie zdanie na jego temat.


@Archi możesz rozwinąć swoją wypowiedź,bo nie wiem ,czy mam to traktować jako stwierdzenie czy zarzut.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 18:28 
Offline
Przyjaciel forum

Dołączył(a): 6 grudnia 2006, o 13:41
Posty: 14824
Lokalizacja: W-wa.
Płeć: Mężczyzna
chanbord napisał(a):
Nie wiem jak Wy ale ja takich ludzi nie będę szanował.



Mam tak samo jak Ty. :D


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 19:55 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 lutego 2007, o 13:24
Posty: 226
Lokalizacja: Europa
Płeć: Kobieta
Cytuj:
wszyscy się zachwycali i mu słodzili

Nawet forumowy "bazyliszek" mu przytakiwał :D :D :D

_________________
http://www.youtube.com/watch?v=CHaxT79NqJw


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 20:01 
Offline
Przyjaciel forum

Dołączył(a): 6 grudnia 2006, o 13:41
Posty: 14824
Lokalizacja: W-wa.
Płeć: Mężczyzna
I forumowa "wiedźma" jego ego łechtała. :D :D :D


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 21:27 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 lutego 2007, o 13:24
Posty: 226
Lokalizacja: Europa
Płeć: Kobieta
:D :D :D uderz w stoł i nożyce się odezwą, fajna prowokacja, nie wytrzymał :D :D :D

_________________
http://www.youtube.com/watch?v=CHaxT79NqJw


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Grunt to rodzinka
PostNapisane: 9 listopada 2013, o 21:40 
Offline
Przyjaciel forum

Dołączył(a): 6 grudnia 2006, o 13:41
Posty: 14824
Lokalizacja: W-wa.
Płeć: Mężczyzna
Nie tyle nie wytrzymał, co nie darował :D :D :D


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 53 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  


-->

Forum e-kwidzyn jest własnością Stowarzyszenia Promocji Medialnej e-Kwidzyn. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Forum. Właściciel Forum nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Jeżeli którykolwiek z postów na forum łamie dobre obyczaje, zgłoś post do moderacji.